Menu użytkownika

Papieskie intencje ewangelizacyjne

Sierpień

  • Intencja powszechna – Świat ludzi morza

    Za wszystkie osoby, które pracują i żyją dzięki morzu, w tym marynarzy, rybaków i ich rodziny

Logowanie

Gościmy

Odwiedza nas 59 gości oraz 1 użytkownik.

Drodzy przyjaciele, przepraszam, ale msze napisać tylko tak generalnie, a nie osobiście, bo mało jest okazji do użycia internetu. Ten też się ostatnio popsuł i coraz trudniej się otwiera skrzynkę mailową. Wiem, że w Polsce było ostatnio głośno o RŚA i Polskich misjonarzach w tym kraju. Niestety moja misja Monasao także nie została oszczędzona przemocy i diabeł osobiście nas odwiedził w osobach ponad 10 muzłmańskich rebeliantów Seleka. Tuż przed wyjazdem z kraju rebelianci postanowili zaopatrzyć się kilka niezbędnych rzeczy. 28 stycznia około godziny 14 przyjechali do Monasao. Szybko wyszedłem na ich spotkanie, tak aby nie znaleźli naszej wolontariuszki Ewy Marciniak, która podczas całego zajścia była u siebie w domu i obserwowała wszystko w strachu przez okno. Na szczęście bandyci nie wyłamali jej drzwi, choć byli koło jej domu. Gdy jednak wyszedłem do nich to skupili się na mnie i przestali rozbijać drzwi domów i kaplicy, do której też chcieli wejść. Trzeba przyznać, i Bogu trzeba za to dziękować, że nie byli agresywni. Trzeba się było trochę potłumaczyć, bo szukali rzeczy, których nie miałem i im ich nie mogłem dać. Zabrali jednak samochód Toyota Landcruiser, który był nam tutaj bardzo przydatny. Na szczęście nie zabrali motoru. Dzięki czemu mogę się jeszcze trochę w rejonie naszej parafii poruszać.  Zabrano mi tez komputer, telefon, 100 tys. franków cfa (jakies 700 zł), bieliznę liturgiczną z walizki do mszy świętej, cyborium, stare opony i beczkę na paliwo. Na szczęście nie zabrali życia i zdrowia (choć psychicznego pewnie trochę tak). Tuż po napadzie na naszą misję rebelianci rozdzielili się na dwie grupy. Jedni pojechali zrabować naszą kolejną misję Belemboke, gdzie także zabrali 1 samochód i kilka mniejszych rzeczy. Reszta pojechała rabować misje SMA w Mabondo (80km od Monasao). Mabondo ucierpiało najbardziej. Tam zabrano z misji dosłownie wszystko, włącznie oczywiście  z samochodem. Kilka godzin po napadzie udałem się wieczorem do Bayangi (50km od nas), aby poinformować przełożonych i biskupa o napadzie. Okazało się, że rebelianci wszystko doskonale zaplanowali i uszkodzili antenę telefoniczną, której nie naprawiono do dziś. Przez 3 dni nie mogłem się z nikim skontaktować, ale wreszcie się udało. Na szczęście nie popsuli też internetu w projekcie WWF, ale jak już wspomniałem stal się on ostatnio bardzo wolny.
Nigdy nie żyliśmy tutaj ponad stan, nie mamy za wiele, staramy się pomagać ludziom, a i samych rebeliantów czasami leczyłem w naszej klinice (najczęściej choroby weneryczne). Tak widać wygląda podzięka za wyrządzane dobro. Tutaj praktycznie nie słyszy się dziękuję za rozmaitą pomoc, którą wyświadczamy ludziom i w tym wszystkim sens możemy znaleźć chyba tylko w Ewangelii, która wzywa do tego żeby nie oczekiwać dziękczynienia za to robimy dla bliźnich. Podobnie Jezus wzywa nas do oddania płaszcza, gdy ktoś nam zabiera ubranie. Tak chyba stało się  tym razem na naszych misjach. Zabrano nam nawet to trochę, które mieliśmy i którym się dzieliliśmy. Wszystko jest wolą Bożą. Dziękuję szczególnie Bogu za to, że żyję, bo rebelianci byli uzbrojeni po uszy, a ja nie miałem też rzeczy, o które pytali np. telefon satelitarny i dolary.  Choć były to diabły wcielone, to Pan Bóg dał im łaskę wyrozumienia.
Tak już upływa 5 miesiąc jak cała parafia jest na mojej głowie. Jest ze mną wolontariuszka Ewa, ale ona ma swoje zadania a ja swoje. Pomimo wielkiej pomocy, którą jest dla misji, to jest też ona dla mnie wielkim obciążeniem psychicznym, bo nigdy nie wiadomo, co jakimś rozmaitym bandytom przyjdzie do głowy. Na szczęcie jesteśmy cali i zdrowi i wciąż cierpliwie czekamy na powrót proboszcza i przyjazd kolejnej wolontariuszki, która odciąży mnie też od pracy w naszej misyjnej klinice, w której spędzam kilka godzin dziennie. Niestety w kraju po wyjeździe Rebelintów Seleka nie dzieje się lepiej. Zaczęto zabijać muzułmanów (z naszego regionu wyjechała do Kamerunu praktycznie cała ich populacja, tj. kilka tysięcy ludzi), byli żołnierze powychodzili z ukrycia, a oni wcale nie są lepsi od rebeliantów. Ci do tego piją alkohol, a po nim staja się agresywni. Kradną chyba też tak samo jak rebelianci. Tak wiec zamiast w pokoju, wciąż żyjemy w niepewności i lęku. Operacja wojsk francuskich i afrykańskich to jedna wielka farsa. Do tej pory nie zrobili praktycznie nic, żeby zatrzymać rozlew krwi. Póki co, jesteśmy tu gdzie jesteśmy, a w kraju nie ma żadnej instytucji, która mogłaby kogokolwiek ochronić. Wszystko w rękach Boga. Mogę tylko wam kochani obiecać, że jak będzie naprawdę gorąco, to będziemy uciekać i nie będziemy tu czekać na męczeństwo. Nie martwcie się, ale módlcie się o to, żeby zrobiło się nam tutaj lepiej i bezpieczniej.
Z pozdrowieniami pokoju
Adam Fijołek, SMA